Między Monterotondo a Łodzią – pamięć, wiara i miłość, które łączą nasze rodziny.

Są takie dni, kiedy odległość między Włochami a Polską odczuwa się bardziej niż zwykle. Dziś jest właśnie jeden z tych dni. Chciałbym być w Łodzi, na cmentarzu Matki Bożej Nieustającej Pomocy. Chciałbym powoli spacerować jego alejkami, zatrzymać się przy grobach naszych bliskich, zapalić znicz i odmówić modlitwę.

Chciałbym być tam, blisko mojej polskiej rodziny, bo czasami słowa nie są potrzebne. Wystarczyłoby po prostu być razem, uścisnąć czyjąś dłoń i dzielić ciszę.

Ale dzisiaj będę również w Monterotondo. Tutaj spoczywają moje korzenie, ludzie, którzy tworzyli historię mojej rodziny, którzy nauczyli mnie wartości pracy, poświęcenia, wiary i miłości.

Dwa odległe miasta, dwa kraje, ale jedno uczucie.

A jeśli dziś czuję, że Łódź jest mi tak bliska, zawdzięczam to przede wszystkim Alicji. To dzięki niej Polska przestała być jedynie krajem, który kochałem za jego historię, a stała się częścią mojego życia.

Przy niej zrozumiałem, że kochać drugiego człowieka to znaczy przyjąć również jego rodzinę, wspomnienia, korzenie, a nawet tęsknotę za tymi, których już nie ma. Bo kiedy naprawdę kogoś kochasz, ból jego rodziny staje się po części także twoim bólem.

Nie zawsze łatwo jest się zrozumieć. Czasami słowa ranią, milczenie ciąży, a nawet dwoje kochających się ludzi może poczuć, jak bardzo są od siebie oddaleni. Ale właśnie wtedy powinniśmy pamiętać, jak cenny jest czas, który został nam dany, aby być razem.

Bo miłość nie składa się wyłącznie ze szczęśliwych dni. Jest również cierpliwością, umiejętnością słuchania, przebaczeniem i odwagą, by odnaleźć drogę do siebie. W Polsce pierwszy i drugi listopada to dni o niezwykle głębokim znaczeniu.

Tysiące zniczy rozświetlają cmentarze. Rodziny pokonują nawet setki kilometrów, aby spotkać się przy grobach swoich bliskich. A te światła opowiadają o czymś znacznie większym niż sam ból po stracie.

Opowiadają o pamięci. Opowiadają o wierze. Opowiadają o niezłomności.

Bo Polska doświadczyła najazdów, okupacji, deportacji i prób wymazania jej tożsamości.

A jednak, nawet wtedy, gdy wszystko wydawało się stracone, Polacy nie przestawali pamiętać.

Przechowywali imiona, fotografie, modlitwy i historie tych, którzy byli przed nimi.

Można zniszczyć miasta, ale nie można wymazać korzeni narodu, który nie przestaje kochać i pamiętać.

I właśnie kiedy myślę o mojej Polsce, wracają do mnie słowa kardynała Konrada Krajewskiego, arcybiskupa metropolity łódzkiego:

„Ojczyzna moja jest piękna, kiedy ja jestem piękny”.

Piękno, o którym mówi, nie dotyczy wyglądu zewnętrznego, lecz tego, co każdy człowiek nosi w swoim sercu.

I wtedy zadaję sobie pytanie: o ile piękniejsze byłoby nasze życie, gdybyśmy potrafili bardziej siebie słuchać, lepiej się rozumieć i przebaczać sobie nawzajem?

O ile piękniejsze byłyby nasze rodziny, gdybyśmy nauczyli się pielęgnować to, co nas łączy, zamiast zatrzymywać się na tym, co nas dzieli? W tych dniach, naznaczonych również osobistymi troskami i trudnościami, jeszcze mocniej odczuwam potrzebę bycia blisko ludzi, których kocham.

I dzisiaj, stojąc przy grobach moich bliskich w Monterotondo, będę miał w sercu także tych, którzy spoczywają w Łodzi.

Będę modlił się za tych, którzy odeszli przed nami, za tych, którzy nauczyli nas kochać, i za tych, którzy pozostawili po sobie pustkę, której czas nigdy nie zdoła całkowicie wypełnić. Będę prosił Pana, aby obdarzył ich wiecznym odpoczynkiem.

A Matkę Bożą Częstochowską poproszę, aby otaczała opieką nasze rodziny, pocieszała tych, którzy cierpią, i pomagała nam zawsze odnajdywać drogę do siebie nawzajem. Bo w wierze chrześcijańskiej śmierć nie ma ostatniego słowa.

Ostatnie słowo należy do Zmartwychwstania.

I być może także my, w naszym codziennym życiu, potrzebujemy małych zmartwychwstań: odnalezionych słów, dłoni, które znów się odnajdują, i serc zdolnych do przebaczenia.

Dzisiaj moje serdeczne uściski wyruszają z Monterotondo, przemierzają Europę i docierają aż do mojej ukochanej Łodzi.

Do mojej włoskiej rodziny i do mojej polskiej rodziny.

I do Alicji, bo to dzięki niej moje serce należy dziś do obu tych ziem.

Polska nauczyła mnie, że naród może zostać zraniony, może patrzeć, jak niszczone są jego miasta, może stracić wszystko, ale to nie znaczy, że musi się ugiąć.

A miłość każdego dnia uczy mnie, że nawet w najtrudniejszych chwilach warto troszczyć się o to, co jest naprawdę ważne. Dwa kraje. Dwa miasta. Nasze rodziny.

I jedna modlitwa, która dzisiaj łączy je wszystkie.

Wieczny odpoczynek racz im dać, Panie…

A światłość wiekuista niechaj im świeci.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *