(Esej upamiętniający 1 sierpnia) Pierwszy sierpnia to dzień, w którym Warszawa, po pięciu latach niemieckiej okupacji, zdecydowała się podnieść głowę.

O godzinie 17.00 1 sierpnia 1944 roku, podczas legendarnej Godziny „W”, tysiące młodych żołnierzy Armii Krajowej wyszło z domów, piwnic i kryjówek, aby wyzwolić swoje miasto. Nie wiedzieli jeszcze, że pozostaną sami, że Armia Czerwona zatrzyma się na drugim brzegu Wisły i że ich powstanie zakończy się pośród ruin oraz w błocie warszawskich kanałów.

Kilka dni temu rozmawialiśmy o czerwonych cegłach, o tych ceglanych fasadach, które do dziś, pośród odbudowanych ulic i pomników, pozostają niemymi bliznami zniszczonego miasta. Te czerwone cegły są tym samym tworzywem, które odnajdujemy na kartach Jerzego Stefana Stawińskiego i w obrazach filmu Andrzeja Wajdy.

Nie są jedynie ruinami. Są materialną pamięcią narodu, który widział swoją stolicę obróconą w pył i postanowił nigdy o tym nie zapomnieć.

Jerzy Stefan Stawiński (1921–2010), oficer Armii Krajowej o pseudonimie „Łącki”, dowódca kompanii łączności pułku „Baszta” na Mokotowie, niczego nie wymyślił. Opisał to, czego sam doświadczył.

26 września 1944 roku, gdy Mokotów dogorywał, wprowadził około siedemdziesięciu swoich żołnierzy do kanału przez właz przy ulicy Szustra. Po ponad piętnastu godzinach marszu w ciemności, odrażającym fetorze i wszechogarniającym strachu żywych wyszło zaledwie pięciu. Tamta noc stała się zalążkiem opowiadania Kanał (1956), które rok później Andrzej Wajda przeniósł na ekran, tworząc pierwszy wielki polski film o Powstaniu Warszawskim.

W opowiadaniach Stawińskiego nie ma heroicznej retoryki. Nie ma powiewających sztandarów na zwycięskich barykadach. Jest za to duszna ciemność kanału, czarna woda, gaz, rozpacz, kłamstwa wypowiadane po to, by podtrzymać nadzieję, oraz odpowiedzialność dowódcy, który już wie, że nie zdoła ocalić wszystkich.

Nad ich głowami płonęły czerwone cegły domów Mokotowa i Śródmieścia, podczas gdy żołnierze schodzili pod ziemię.

Kanał staje się metaforą całego pokolenia, młodych ludzi, którzy zeszli pod ziemię z nadzieją, że wyjdą z niej wolni, lecz odkryli, iż historia zdążyła ich już zdradzić.

Jak napisał sam Stawiński:

Kiedy pisałem Kanał, w ogóle nie myślałem o kinie. Chciałem opisać najtragiczniejsze wydarzenie mojego życia

Film Wajdy przekazał tę prawdę światu. W 1957 roku otrzymał Nagrodę Specjalną Jury na Festiwalu Filmowym w Cannes i zmusił Europę do spojrzenia nie tylko na bohaterstwo Powstania, ale również na jego otchłań. Nie opowiadał o niemożliwym zwycięstwie. Pokazywał cenę zapłaconą przez tych, którzy postanowili się nie poddać.

Dziś, w Narodowy Dzień Pamięci Powstania Warszawskiego, ponowna lektura Stawińskiego i wspomnienie czerwonych cegieł, o których rozmawialiśmy kilka dni temu, oznaczają odrzucenie wszelkich uproszczeń.

Oznaczają pamięć o tym, że 1 sierpnia nie był jedynie aktem wojskowej odwagi, lecz egzystencjalnym wyborem narodu, który wolał umrzeć stojąc, niż żyć na kolanach.

Warszawskie kanały i osmalone cegły nie są tylko rozdziałem historii. Są symbolem nadziei, która, choć pogrzebana pod gruzami i błotem, nadal przemawia.

1 sierpnia nie prosimy jedynie o upamiętnienie.

Prosimy, aby nie zapominać o ciężarze tamtego wyboru.

Bo, jak uczą karty Stawińskiego i obrazy Wajdy, prawdziwa pamięć nie składa się z nieskazitelnych pomników, lecz z głosów, które do dziś wydobywają się z ciemności i mówią do nas:

„Byliśmy młodzi. Wierzyliśmy. I zeszliśmy pod ziemię.”

Cześć i chwała Bohaterom!


Dlaczego te słowa są tak ważne

Stawiński wielokrotnie powtarzał je w wywiadach i swoich wspomnieniach scenarzysty. Odnosiły się one bezpośrednio do nocy z 26 na 27 września 1944 roku. Jako dowódca kompanii łączności pułku AK „Baszta” na Mokotowie otrzymał rozkaz przeprowadzenia swoich ludzi kanałami do Śródmieścia. Około siedemdziesięciu żołnierzy zeszło do kanału przez właz przy ulicy Szustra. Po ponad piętnastu godzinach marszu w ciemności, błocie i trujących gazach Stawiński wyszedł w rejonie Alej Ujazdowskich i ulicy Wilczej z zaledwie pięcioma ocalałymi.

Nie był to dla niego jeden z wielu wojennych epizodów. Był to moment, w którym runęły wszystkie złudzenia. Powstanie, nadzieja na wyzwolenie Warszawy i samo wyobrażenie młodzieńczego heroizmu zdawały się zakończyć w odrażającym fetorze kanału. Po latach przyznał, że właśnie od tamtej nocy zaczął patrzeć na świat z ironią i goryczą.

Dlaczego to zdanie ma znaczenie

Pisząc Kanał w latach 1955–1956, Stawiński nie myślał ani o filmie, ani o scenariuszu, ani o sukcesie. Próbował jedynie możliwie najuczciwiej i najprościej opisać osobistą traumę. Dopiero później, dzięki Tadeuszowi Konwickiemu i Andrzejowi Wajdzie, opowiadanie zostało przeniesione na ekran. To zdanie podkreśla dwie zasadnicze kwestie:

  • absolutnie autobiograficzne, a nie literackie źródło opowiadania;
  • fakt, że Kanał nie powstał jako dzieło propagandowe ani jako patriotyczna celebracja, lecz jako próba nadania sensu doświadczeniu, które na zawsze naznaczyło jego autora.

To właśnie ta surowa autentyczność i całkowite odrzucenie retoryki sprawiły, że zarówno opowiadanie, jak i film stały się dziełami niezwykle poruszającymi, a w swoich czasach również niewygodnymi.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *