„Tam, gdzie najbardziej dzika Polska uczy, jak pogodzić się z samym sobą„
Są w Europie miejsca, które zdają się stworzone po to, by zatrzymać czas. Bieszczady, położone w południowo-wschodniej Polsce, na pograniczu ze Słowacją i Ukrainą, są jednym z nich.
Nie mają ostrych, strzelistych szczytów Tatr ani tłumów na najbardziej popularnych szlakach. Mają za to rozległe połoniny, gdzie trawa faluje niczym zielone morze, wiekowe lasy bukowe i ciszę tak gęstą, że chwilami wydaje się niemal dźwiękiem.
To właśnie tam spędziłem kilka dni, wędrując bez pośpiechu, z plecakiem na ramionach i wyłączonym telefonem. Długie wędrówki grzbietami, między Połoniną Wetlińską a Połoniną Caryńską, aż po Tarnicę (1346 m n.p.m.), najwyższy szczyt polskich Bieszczadów.
Chodzi się tu chwilami niemal samotnie. Częściej można natrafić na ślady zwierząt niż spotkać człowieka. I w pewnym momencie, nawet nie zdając sobie z tego sprawy, człowiek zaczyna porządkować coś w sobie.
W tych górach cisza nie jest brakiem: jest obecnością. Jest przestrzenią potrzebną, by ponownie usłyszeć własny głos i pogodzić się z tymi częściami siebie, które w codziennym życiu pozostają zagłuszone przez powiadomienia, terminy i nieustanny hałas.
Z dala od wszystkich, a przede wszystkim od telefonów, czas znów staje się prosty i hojny. Idzie się, poci, patrzy w dal i powoli składa na nowo to, co wcześniej zostało rozbite.
Zabrałem ze sobą również kilka książek. Bieszczady i ich krajobrazy inspirowały całe pokolenia polskich pisarzy i poetów. Jerzy Harasymowicz kochał te góry tak bardzo, że pragnął, aby jego prochy zostały rozsypane na połoninach. A wcześniej, wśród postaci związanych z tym regionem, byli między innymi Wincenty Pol i Aleksander Fredro, którzy pozostawili ślady tych ziem w swoich dziełach.
Czytanie ich stron, gdy wiatr porusza wysoką trawą, jest doświadczeniem, które łączy krajobraz i słowo, ciało i myśl.
Ta część strony pozostanie w języku włoskim. Nie z powodu zamknięcia, lecz właśnie z potrzeby otwarcia. Chcę, aby włoscy czytelnicy mogli odkrywać w swoim języku inną Polskę: nie tylko Kraków, Warszawę czy najbardziej uczęszczane góry, lecz także tę pograniczną, częściowo wciąż dziką krainę, w której natura pozostaje najważniejsza, a człowiek jest jedynie dyskretnym gościem.
Bieszczady zasługują na to, by poznać je z perspektywy tych, którzy szukają czegoś więcej niż zwykłego urlopu: chwili ciszy, wędrówki i, być może, wewnętrznego pojednania.
Nie przyjeżdża się tutaj po to, by „zdobywać” szczyty. Przyjeżdża się, by dać się porwać pięknu gór. By długo wędrować, poczytać lokalnego poetę, wyłączyć telefon i wreszcie zacząć słuchać.
Jeśli i Wy czujecie potrzebę miejsca, w którym czas zwalnia, a horyzont się poszerza, Bieszczady czekają.
A ta część strony nadal będzie opowiadać o nich po włosku, aby piękno tej spokojniejszej i bardziej autentycznej Polski mogło dotrzeć również do Was!



Dodaj komentarz